Marek do kolegi - tyle się złego
naczytałem na temat alkoholu, że wreszcie sobie
powiedziałem, czas raz na zawsze z tym skończyć! Z piciem? -
Nie, z czytaniem”. Można i tak. Problem pozostaje.
Biadolenie nie pomoże, dystansowanie się albo uzasadniona
„beznadzieja”, że ode mnie nic nie zależy, nie mam z tym
problemu - to podejście najgorsze.
Jasne, że nie ma gotowej recepty,
oczywiste, że lepiej zapobiegać pożarowi niż go gasić.
Każdego roku w sierpniu przypominamy sobie o naszej
odpowiedzialności za trzeźwość. Problem ma przecież twarz
człowieka: ojca, syna, córki, dziecka, tego, który zginął
przed chwilą w wypadku, bo potrącił go pijany kierowca albo
sam był pod wpływem. Problem ma twarz tych, którzy cierpią
dzień po dniu, godzina po godzinie.
Chrześcijanin chce zbawić wszystkich i jest niepoprawnym
optymistą. Nawet tam, gdzie o optymizm najtrudniej. Tak, to
jest nadzieja wbrew nadziei, bo jeśli nawet widzi tylu
śmiertelnie rannych na polu bitwy, broni nie składa. Ufa
bezgraniczne Bogu, który walczy z nim o każdą duszę, nie
jest więc sam. Nasza pomoc i zaangażowanie to samarytański
obowiązek, który wypływa z wiary i miłości.
A gdyby tak młodzi planujący małżeństwo pomyśleli o
bezalkoholowym weselu.
„No bez przesady! Tradycja, parę kieliszków nikomu nie
zaszkodziło, kto pije i tak wypije, porządnego knajpa
popsuje, złego Kościół nie nawróci, co na to goście, wesele
się nie uda, będzie smutno. Decyzja należy do młodych.
Najpierw w duchu wiary. „Nie mamy z tym problemu, ale inni
tak. Niech duch trzeźwości będzie siłą dla nich. Niech
radość sakramentu małżeństwa w kościele ma przedłużenie w
domowej radości bez sztucznego dopingu.”. A jeśli już o
dopingu. Gdyby tak z pieniędzy przeznaczonych na alkohol
zaprosić kabaret. „Ubaw po pachy”, zabawa na trzeźwo, bez
grzechu i taniej. Młodym nadwyżka finansowa z pewnością
przyda się na dobry początek. Z Bożym błogosławieństwem (
Ksiądz Biskup nadeśle i swoje na pięknym papierze). Możliwe?
Ależ tak. Znam takie przypadki. Warto pomyśleć. Dla
wierzącego nic trudnego.
I Komunia św. w mojej parafii. Wręczyłem rodzicom
zobowiązanie do trzeźwego przeżycia uroczystości ich
dziecka. 50% rodziców złożyło taką deklarację na ołtarzu
świadomie i dobrowolnie. Przecież dziecko ma prawo do tego,
by Jezus był przyjęty godnie, czysto, w nieskażonej niczym
radości. To jest jego I Komunia św. Ale co na to dziadek,
wujek, chrzestny (kilku ma problem z alkoholem), będą
niezadowoleni? Niech będą! Ich ewentualnemu niezadowoleniu
nie można podporządkowywać świętości wydarzenia. Wierzę, że
dobry Bóg ofiarę rodziców przyjął i dobrem nagrodzi.
A co z beznadziejnymi przypadkami, pijakami, którzy
wysysają radość i życie sobie i innym ? „Panie, możesz mnie
uzdrowić” wołali chorzy do Jezusa. Ależ on nie woła, do
kościoła nie chodzi, mówisz. To ty za niego wołaj i proś. On
jest chory a chorych się leczy. Potrzebują nas. Są nadal
naszym bliźnimi. Bóg się do nich przyznaje i kocha. On zna
ich ból, pragnienia. Zna i łzy tych, którzy cierpią z nimi.
Mateusz. Pił od 12 roku życia. Kilkanaście lat. Budził
się i zasypiał z myślą o tym, żeby pić. Zaczęło się od łyka
wina. Potem piwo, alkohol, utrata pracy, długi, bijatyki.
Skończyłby poniżeniem i śmiercią. Któregoś dnia, umierając z
pragnienia, czekał na kolegów wychodzących z pracy, żeby
„uratowali” go drinkiem. Nie dawno fundował im, a oni
klepali go po plecach i dziękowali. Teraz mijali go bez
słów, zignorowali. W drodze do domu rozważał decyzję, która
zaważyła na całym jego życiu. „Mamo, chcę ślubować
trzeźwość”. Poszukał księdza. Wyspowiadał się. Złożył
abstynenckie przyrzeczenie na okres 3 miesięcy. Pierwszy
dzień trzeźwości to walka, której opisać nie można. Była
niedziela. Od tej Mszy św. c o d z i e n n i e do końca
życia uczestniczył w Eucharystii. Tego dnia nie pił. Błagał
Boga, by przemówił. „Przynajmniej daj sobie radę przez ten
jeden dzień” - usłyszał Mateusz. A więc Bóg jest z przy nim.
Najtrudniejszy był pierwszy krok. Kolejne przyrzeczenie na 3
miesiące. Wytrwał. A potem już na całe życie. Następne lata
Mateusza to: wzorowa praca, umartwienia, modlitwa, różaniec,
codzienna Msza św. (pół godziny przed klęczał na schodach
kościoła czekając na nabożeństwo), lektura Pisma św.
(codzienna), adoracja Najświętszego Sakramentu (codzienna),
wspieranie potrzebujących i misji ze skromnej pensji. Wspiął
się na wyżyny rozwoju duchowego i świętości. Jego życie
proste, zwyczajne, zachwyca. Toczy się jego proces
beatyfikacyjny. Mateusz Talbot. Irlandzki robotnik, który
pewnego dnia złożył Bogu ślub. Pokonał nałóg, żeby żyć i
kochać. Książka o Mateuszu ( „Matt Talbot, jego zmagania
zwycięstwo w walce z alkoholizmem”, Susan Wallace, Verbinum,
Warszawa 2004) jest tak niezwykła i fascynująca, że nie
można o niej zapomnieć. Gorąco polecam, wszystkim.
Dlaczego wódka nie daje żyć tak wielu? Nie ma jednej
odpowiedzi. Wydaje się, że brak życia duchowego jest jedną z
poważniejszych przyczyn wszystkich innych chorób.
Żeby mojemu dziecku niczego nie brakowało, mówią rodzice.
Pięknie. Ale czy uczą dzieci jak żyć dobrze, szlachetnie,
nie tylko dla siebie? Czy swoim życiem pokazują, że dobroć,
pomoc, bezinteresowność, życzliwość są dla chrześcijanina
zawsze „modne” czy też wymierają wraz z ostatnimi naiwnymi?
Dusza nie znosi pustki. Wypełnią ją albo dobro albo rzeczy
(płynne także).
Siedzieliśmy przy stole. Marian(anonimowy alkoholik), jego
żona i wnuczka. Pił 25 lat.
Sięgnął dna. Dziś pomaga trzeźwieć innym w Ruchu
Anonimowych Alkoholików. On, który dźwignął się z rynsztoka.
„ Proszę księdza, mówi żona, niech się ksiądz nie śmieje,
ale to naprawdę święty człowiek”. Nie śmiałem się. Przecież
nadzieja nigdy nie umiera.