Alkoholizm - nadzieja nie umiera

 

Wojciech Przybylski

 

   Marek do kolegi - tyle się złego naczytałem na temat alkoholu, że wreszcie sobie powiedziałem, czas raz na zawsze z tym skończyć! Z piciem? - Nie, z czytaniem”. Można i tak. Problem pozostaje. Biadolenie nie pomoże, dystansowanie się albo uzasadniona „beznadzieja”, że ode mnie nic nie zależy, nie mam z tym problemu - to podejście najgorsze.
    Jasne, że nie ma gotowej recepty, oczywiste, że lepiej zapobiegać pożarowi niż go gasić. Każdego roku w sierpniu przypominamy sobie o naszej odpowiedzialności za trzeźwość. Problem ma przecież twarz człowieka: ojca, syna, córki, dziecka, tego, który zginął przed chwilą w wypadku, bo potrącił go pijany kierowca albo sam był pod wpływem. Problem ma twarz tych, którzy cierpią dzień po dniu, godzina po godzinie.
   Chrześcijanin chce zbawić wszystkich i jest niepoprawnym optymistą. Nawet tam, gdzie o optymizm najtrudniej. Tak, to jest nadzieja wbrew nadziei, bo jeśli nawet widzi tylu śmiertelnie rannych na polu bitwy, broni nie składa. Ufa bezgraniczne Bogu, który walczy z nim o każdą duszę, nie jest więc sam. Nasza pomoc i zaangażowanie to samarytański obowiązek, który wypływa z wiary i miłości.
  A gdyby tak młodzi planujący małżeństwo pomyśleli o bezalkoholowym weselu.
   „No bez przesady! Tradycja, parę kieliszków nikomu nie zaszkodziło, kto pije i tak wypije, porządnego knajpa popsuje, złego Kościół nie nawróci, co na to goście, wesele się nie uda, będzie smutno. Decyzja należy do młodych. Najpierw w duchu wiary. „Nie mamy z tym problemu, ale inni tak. Niech duch trzeźwości będzie siłą dla nich. Niech radość sakramentu małżeństwa w kościele ma przedłużenie w domowej radości bez sztucznego dopingu.”. A jeśli już o dopingu. Gdyby tak z pieniędzy przeznaczonych na alkohol zaprosić kabaret. „Ubaw po pachy”, zabawa na trzeźwo, bez grzechu i taniej. Młodym nadwyżka finansowa z pewnością przyda się na dobry początek. Z Bożym błogosławieństwem ( Ksiądz Biskup nadeśle i swoje na pięknym papierze). Możliwe? Ależ tak. Znam takie przypadki. Warto pomyśleć. Dla wierzącego nic trudnego.
   I Komunia św. w mojej parafii. Wręczyłem rodzicom zobowiązanie do trzeźwego przeżycia uroczystości ich dziecka. 50% rodziców złożyło taką deklarację na ołtarzu świadomie i dobrowolnie. Przecież dziecko ma prawo do tego, by Jezus był przyjęty godnie, czysto, w nieskażonej niczym radości. To jest jego I Komunia św. Ale co na to dziadek, wujek, chrzestny (kilku ma problem z alkoholem), będą niezadowoleni? Niech będą! Ich ewentualnemu niezadowoleniu nie można podporządkowywać świętości wydarzenia. Wierzę, że dobry Bóg ofiarę rodziców przyjął i dobrem nagrodzi.
   A co z beznadziejnymi przypadkami, pijakami, którzy wysysają radość i życie sobie i innym ? „Panie, możesz mnie uzdrowić” wołali chorzy do Jezusa. Ależ on nie woła, do kościoła nie chodzi, mówisz. To ty za niego wołaj i proś. On jest chory a chorych się leczy. Potrzebują nas. Są nadal naszym bliźnimi. Bóg się do nich przyznaje i kocha. On zna ich ból, pragnienia. Zna i łzy tych, którzy cierpią z nimi.
    Mateusz. Pił od 12 roku życia. Kilkanaście lat. Budził się i zasypiał z myślą o tym, żeby pić. Zaczęło się od łyka wina. Potem piwo, alkohol, utrata pracy, długi, bijatyki. Skończyłby poniżeniem i śmiercią. Któregoś dnia, umierając z pragnienia, czekał na kolegów wychodzących z pracy, żeby „uratowali” go drinkiem. Nie dawno fundował im, a oni klepali go po plecach i dziękowali. Teraz mijali go bez słów, zignorowali. W drodze do domu rozważał decyzję, która zaważyła na całym jego życiu. „Mamo, chcę ślubować trzeźwość”. Poszukał księdza. Wyspowiadał się. Złożył abstynenckie przyrzeczenie na okres 3 miesięcy. Pierwszy dzień trzeźwości to walka, której opisać nie można. Była niedziela. Od tej Mszy św. c o d z i e n n i e do końca życia uczestniczył w Eucharystii. Tego dnia nie pił. Błagał Boga, by przemówił. „Przynajmniej daj sobie radę przez ten jeden dzień” - usłyszał Mateusz. A więc Bóg jest z przy nim. Najtrudniejszy był pierwszy krok. Kolejne przyrzeczenie na 3 miesiące. Wytrwał. A potem już na całe życie. Następne lata Mateusza to: wzorowa praca, umartwienia, modlitwa, różaniec, codzienna Msza św. (pół godziny przed klęczał na schodach kościoła czekając na nabożeństwo), lektura Pisma św. (codzienna), adoracja Najświętszego Sakramentu (codzienna), wspieranie potrzebujących i misji ze skromnej pensji. Wspiął się na wyżyny rozwoju duchowego i świętości. Jego życie proste, zwyczajne, zachwyca. Toczy się jego proces beatyfikacyjny. Mateusz Talbot. Irlandzki robotnik, który pewnego dnia złożył Bogu ślub. Pokonał nałóg, żeby żyć i kochać. Książka o Mateuszu ( „Matt Talbot, jego zmagania zwycięstwo w walce z alkoholizmem”, Susan Wallace, Verbinum, Warszawa 2004) jest tak niezwykła i fascynująca, że nie można o niej zapomnieć. Gorąco polecam, wszystkim.
   Dlaczego wódka nie daje żyć tak wielu? Nie ma jednej odpowiedzi. Wydaje się, że brak życia duchowego jest jedną z poważniejszych przyczyn wszystkich innych chorób.
   Żeby mojemu dziecku niczego nie brakowało, mówią rodzice. Pięknie. Ale czy uczą dzieci jak żyć dobrze, szlachetnie, nie tylko dla siebie? Czy swoim życiem pokazują, że dobroć, pomoc, bezinteresowność, życzliwość są dla chrześcijanina zawsze „modne” czy też wymierają wraz z ostatnimi naiwnymi? Dusza nie znosi pustki. Wypełnią ją albo dobro albo rzeczy (płynne także).
Siedzieliśmy przy stole. Marian(anonimowy alkoholik), jego żona i wnuczka. Pił 25 lat.
  Sięgnął dna. Dziś pomaga trzeźwieć innym w Ruchu Anonimowych Alkoholików. On, który dźwignął się z rynsztoka. „ Proszę księdza, mówi żona, niech się ksiądz nie śmieje, ale to naprawdę święty człowiek”. Nie śmiałem się. Przecież nadzieja nigdy nie umiera.

 

źródło: http://alkoholizm.com.pl/content/view/539/94/

"Przede wszystkim muszę wziąć pod uwagę interes duszy"
Czcigodny Sługa Boży Mateusz Talbot