Historia życia Mateusza Talbota pokazuje nam, że zwykli ludzie mogą
robić rzeczy niezwykłe. On, alkoholik, jest dzisiaj kandydatem na
świętego, wzorem i orędownikiem dla wszystkich, którzy zmagają się z
nałogiem alkoholizmu. Podobnie jak marnotrawny syn z ewangelicznej
przypowieści Jezusa Chrystusa postanowił zmienić swoje dotychczasowe
życie, stanąć w prawdzie przed Bogiem i z pokorą powiedzieć: "Ojcze,
zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem Ciebie" (Łk 15,18). Po 16 latach
picia wybrał drogę nawrócenia do Boga, a potem doskonalił swoje
życie w całkowitej abstynencji.
Mateusz Talbot urodził się w Dublinie 2 maja 1856 roku.
Został ochrzczony w Pro-Cathedral przy Marlborough Street 5 maja
1856 roku. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Był drugim z
dwanaściorga dzieci Charlesa i Elizabeth Talbotów. Państwo Talbot
byli ludźmi religijnymi. Obydwoje należeli do Sodalicji
Niepokalanego Poczęcia, Charles - przy kościele OO. Jezuitów,
natomiast Elizabeth przy kościele św. Franciszka Ksawerego. Matka
nigdy nie spożywała alkoholu, ojciec natomiast od wieku dojrzałego.
Czasy, w których przyszło żyć Mateuszowi były bardzo
trudne. Wielki głód, panujący w Irlandii w latach czterdziestych XIX
wieku sprawił, że wielu mieszkańców wsi wyjechało do miasta w
poszukiwaniu pracy i chleba. W Dublinie stacjonowały oddziały
angielskie. W 1856 roku do miasta zaczęli powracać żołnierze,
uczestniczący w wojnie krymskiej. Dublin roił się od ludzi bez
pracy, pieniędzy i nadziei.
Chociaż Charles Talbot miał stałą pracę, rodzina żyła na
skraju nędzy, gdyż większość zarobków trafiała do miejscowego pubu.
Młodzi chłopcy chętnie chodzili z ojcem do gospody. Wszyscy - z
wyjątkiem najstarszego - byli alkoholikami. Kolega Mateusza, Pat
Doyle, wspomina: "W soboty, kiedy już wszyscy byli porządnie upici,
potrafili przewrócić dom do góry nogami. Pani Talbot ledwo radziła
sobie z nimi". Prowadziło do kłótni i nieporozumień, również z
właścicielami wynajmowanych przez Talbotów mieszkań. Wskutek
alkoholizmu w ciągu 20 lat małżeństwa rodzina Talbotów
przeprowadzała się jedenaście razy. Właściciele domów nie chcieli
mieć obok siebie takich lokatorów.
Elizabeth Talbot była wspaniałą kobietą. Bardzo cierpiała, patrząc
jak jej mąż i synowie coraz bardziej pogrążają się w nałogu. Nie
utraciła jednak wielkiej pobożności i cierpliwości. To one i płynąca
z serca dobroć były siłą, która gromadziła rozpraszających się
członków rodziny.
Do ósmego roku życia Mateusz był dzieckiem wesołym i
psotnym. W 1864 roku państwo Talbot postanowili posłać swojego syna
do szkoły. Ponieważ nie było wówczas obowiązku powszechnego
nauczania, a w szkołach państwowych usiłowano często odsuwać dzieci
od wiary katolickiej, wierzący rodzice oddawali swoje dzieci do
prywatnych szkół katolickich. Do jednej z nich trafił syn państwa
Talbotów. Mateusz spędził w szkole tylko dwa lata - od czerwca 1864
do czerwca 1865 i od maja 1867 do maja 1868. W tym czasie nauczył
się czytać, pisać i liczyć. Otrzymał też dobre przygotowanie
religijne, które umożliwiło mu przystąpienie do Sakramentu Pokuty,
Komunii św. i Bierzmowania. W wieku 12 lat ostatecznie opuścił
szkołę.
Po ukończeniu tylko jednej klasy dwunastoletni Matt
rozpoczął swoją pierwszą pracę w firmie Edward i Jan Burke, która
zajmowała się handlem wina i piwa. Jako chłopak na posyłki pracował
dziesięć godzin dziennie, ale był zadowolony. Cieszył się, że może
pomóc rodzicom. Obserwując pracujących w piwiarni mężczyzn zauważył,
że po wypiciu alkoholu, byli radośni i szczęśliwi. Postanowił sam
również spróbować. Szybko zasmakował w próbowaniu tamtejszych
produktów. Skłonność do picia skutecznie wzmacniał pracodawca
wypłacając część wynagrodzenia w bonach towarowych, które można było
zamienić jedynie na alkohol. Tam między 12 a 13 rokiem życia Mateusz
padł ofiarą alkoholowego nałogu. Po czterech latach, w 1872 roku,
ojciec zabrał syna ze składu win i znalazł mu pracę w porcie. W
magazynach portu Mateusz przestał pić wino i piwo, ale stał się
namiętnym wielbicielem whisky. Po kolejnych dwóch latach ojciec
zmusił go do ponownej zmiany miejsca pracy.
Mając lat 18 Mateusz zaczął pracować jako murarz w firmie
budowlanej Pemberton. Był dobrym pracownikiem. Nigdy nie zaniedbywał
swoich obowiązków, jednak po skończonej pracy zawsze udawał się z
kolegami do pubu. Zarobione pieniądze, które kiedyś oddawał matce,
teraz zostawiał w barze. Mateusz upijał się codziennie. Żył już
tylko po to, aby pić. Obdarzony szczerą i otwartą naturą, często
stawiał drinki swoim kolegom, kiedy nie mieli pieniędzy. A gdy
zabrakło ich i jemu, zastawiał lub sprzedawał wszystko, co się dało
- nawet własne buty - żeby tylko móc dalej pić. Pewnego razu
przyłączył się do nich wędrowny skrzypek. Gdy zabrakło im pieniędzy
na alkohol, Mateusz ukradł mu skrzypce i zastawił je w lombardzie.
Za uzyskane pieniądze mogli dalej pić.
Nie pomagały łzy i prośby matki, razy otrzymywane od
ojca, ani kilkakrotna zmiana pracy i otoczenia. Ponieważ nic nie
oddawał na utrzymanie domowe, miał dość pieniędzy, aby pić. Przez
szesnaście lat przepijał prawie wszystkie swoje zarobki. W tym
czasie tylko z nawyku bywał na niedzielnej Mszy św., wychodząc do
pracy czynił znak krzyża i co jakiś czas odmawiał "Zdrowaś Maryjo".
Do sakramentów świętych, jak później ustalono, nie przystępował
około trzech lat.
Mateusz pił coraz więcej. Nie zauważał smutku modlącej
się za niego matki. Elizabeth Talbot nie ustawała jednak w modlitwie
za swojego syna. Gdy syn miał 28 lat, cierpliwość matki została
nagrodzona. Po raz pierwszy od bardzo dawna Mateusz wrócił do domu
wcześniej. Był milczący, przygnębiony i ... trzeźwy. Po 16 latach
życia w alkoholizmie przeżył duchowy kryzys i podjął decyzję o
złożeniu kościelnych ślubów abstynencji. Co się stało?
Pewnej soboty rano 1884 roku, dwudziestoośmioletni
Mateusz stał w towarzystwie młodszego brata Filipa przed lokalnym
pubem O'Meara bardzo spragniony alkoholu. Od tygodnia był
bezrobotny. Nie miał pieniędzy. Miał pewność, że koledzy zaproszą go
do pubu i zafundują alkohol. Czekał ufając, że ktoś postawi mu
drinka. Przecież w podobnych sytuacjach zawsze mogli na niego
liczyć. Jednak koledzy minęli go bez słowa. Mieli mu do zaaferowania
jedynie zdawkowe pozdrowienie i obojętny wzrok. Żaden nie
zaproponował, aby poszedł z nimi do gospody. Niektórzy nawet
wyśmiewali się z niego. Kiedy poprosił jednego z nich o wsparcie, w
odpowiedzi usłyszał: "Ty świnio!". Zachowanie kolegów było dla niego
wstrząsem. Poczuł się zlekceważony i odrzucony. Ale był to
równocześnie moment Bożej łaski. Mateusz zaczął rozmyślać o swoim
dotychczasowym życiu. Uświadomił sobie, jak wielkich zniszczeń
dokonał w jego życiu alkohol. Poczuł wstyd i obrzydzenie do samego
siebie. Postanowił zmienić swoje życie. Rozżalony i trzeźwy powrócił
do domu. Powiedział do matki: "pójdę teraz do księdza złożyć
ślubowanie abstynencji". Kobieta ucieszyła się, ale mu nie
dowierzała. Poradziła, by złożył ślubowanie trzeźwości dopiero
wtedy, gdy będzie w stanie dotrzymać przyrzeczenia. Mateusz
dotrzymał słowa. Jeszcze tego samego wieczoru udał się na plebanię,
wyspowiadał się po raz pierwszy od wielu lat, a potem na ręce
miejscowego księdza złożył przyrzeczenie, że przez trzy miesiące nie
weźmie alkoholu do ust. Następnego dnia o godzinie 5.00 rano udał
się na Mszę świętą do kościoła św. Franciszka Ksawerego i przyjął
komunię świętą. Od tego dnia zaczęło objawiać się w jego życiu
działanie łaski Bożej.
Wytrwanie w abstynencji było bardzo trudne. Po złożeniu
pierwszego przyrzeczenia Mateusz stanął przed wielkim dylematem.
Ojciec pił, bracia pili, przyjaciele pili, a i jego ciało domagało
się alkoholu. Zmaganie z problemem rodziło w jego głowie wiele
myśli. W jaki sposób unikać alkoholu? Jakich użyć środków, by
dotrzymać przyrzeczenia abstynencji? Czy jest to w ogóle możliwe?
Zrozumiał, że sam nie da sobie rady. Postanowił, że swoją walkę o
wytrwanie w abstynencji toczyć będzie przed Najświętszym
Sakramentem. Zaczął codziennie rano uczestniczyć we Mszy św., a po
skończonej pracy odwiedzać jakiś odległy kościół, by tam z dala od
przyjaciół modlić się o wytrwanie w trzeźwości. Bardzo cierpiał.
Pragnienie picia było nadzwyczaj silne, a próby modlitwy po latach
zaniedbywania bardzo męczące. Przychodziły chwile zwątpienia, ale
matka zawsze dodawała mu otuchy. Wierzyła, że modlitwy jakie zanosi
do Boga w intencji swojego syna zostaną wysłuchane. W ciągu trzech
miesięcy Mateusz zbliżył się do Pana Boga, a przebywanie w kościele
dawało mu coraz więcej radości. Gdy upłynęły trzy miesiące, ponowił
ślubowanie abstynencji na kolejne trzy, potem na dwanaście miesięcy
i wreszcie przyrzekł nie pić alkoholu do końca swego życia. Po
latach wyznał siostrze, że trzy pierwsze miesiące były dla niego
najtrudniejsze. Dodał: Łatwiej jest przywrócić do życia umarłego,
niż przestać pić, będąc alkoholikiem.
Aby wypełnić czas spędzany kiedyś w pubie O'Meara's,
chodził co wieczór po pracy na spacer. Podczas jednego ze spacerów,
przechodząc obok baru na ulicy Gardiner, poczuł ogromne pragnienie.
Było tak silne, że przez chwilę zapomniał o złożonym zobowiązaniu
abstynencji. Dwa lub trzy razy przemierzył ulicę, po czym wszedł do
środka. Barman, zajęty obsługiwaniem lokalnych mężczyzn, nie zwracał
na niego uwagi. Mateusz rozejrzał się i nie zauważył nikogo
znajomego. Poczuł się całkowicie samotny. Uświadomił sobie, że nie
pasuje do tego miejsca. Odczekał dłuższą chwilę, odwrócił się i
poszedł do najbliższego kościoła. Przebywał tam, aż do zamknięcia. W
tym dniu postanowił nigdy nie nosić przy sobie pieniędzy, aby nie
ulec pokusie picia.
Mateusz potrafił podejść do swego nawrócenia w sposób
bardzo praktyczny. Całkowicie zmienił otoczenie i znalazł
przyjaciół, którzy nie namawiali go do picia. Ustalił sobie ścisły
porządek dnia. Podzielił dokładnie czas między pracę, modlitwę i
czytanie tak, żeby nie mieć go na wizyty w gospodzie. Nigdy nie
nosił przy sobie pieniędzy, żeby nie ulec pokusie zatrzymania się
gdzieś w drodze z pracy. Wstąpił do Trzeciego Zakonu św. Franciszka
i kilku bractw kościelnych. Jego schronieniem stało się odtąd
miejsce, w którym nikomu nie przyszłoby do głowy go szukać -
kościół. Tylko tam czuł się bezpieczny. Tam znalazł klucz do nowego
życia z Bogiem i w Bogu. Był to klucz modlitwy, sakramentów,
umartwień, pracy nad sobą. Sobotnie popołudnie i wieczór, a także
całą niedzielę spędzał w kościele. Stopniowo zaczynał się modlić i
prosić Boga o pomoc w wytrwaniu na drodze do trzeźwości. Zaczął
przed pracą uczestniczyć w codziennej Mszy świętej, a wieczory
spędzać na klęczkach w ciemnym kącie kościoła, położonego jak
najdalej od jego własnej dzielnicy. Odwiedziny te pozwoliły mu
poznać nowych przyjaciół - Jezusa, Maryję i świętych oraz nabrać
nowych upodobań - do samotności, modlitwy, przebywania w obecności
Boga. Nie było to łatwe. Jeszcze wiele razy wracał do domu w
przekonaniu, że nie zdoła przetrwać kolejnego dnia w trzeźwości.
Nazajutrz jednak był znów w kościele i błagał Boga: Proszę,
nie pozwól mi wrócić do dawnego życia. Zmiłuj się nade mną.
Im bardziej zbliżał się do Pana Boga, tym bardziej doświadczał
wewnętrznej walki. Szatan upominał się o jego duszę wlewając w serce
strach i zwątpienie. Mocno ściskając w dłoni różaniec Mateusz błagał
o pomoc Matkę Bożą. Z walki tej zwycięsko. Opuścił go smutek i
przerażenie, a serce wypełniło się pokojem.
Skoro wyrwał się z alkoholizmu, postanowił że nie będzie
więcej obrażał Pana Boga wulgarnym językiem i wzywaniem Imienia
Bożego nadaremno. Aby sobie w tym pomóc, wpiął w widoczne miejsce na
rękawie płaszcza dwie szpilki. Utworzył z nich znak krzyża, by
przypominały o modlitwie i o tym, że Jezus cierpiał i umierał za
niego na krzyżu. Podjął również kolejne postanowienie - zrezygnował
z palenia. Podobnie jak rezygnacja z alkoholu, to przyrzeczenie było
dla niego bardzo trudne, gdyż był namiętnym palaczem. Jednak znalazł
siłę i odniósł kolejne zwycięstwo.
Osobisty upór i determinacja w działaniu poparta Bożą
Łaską owocowała nowym dobrem. Stopniowo dawny głód alkoholu zaczął
ustępować pragnieniu Bożego życia i miłości. Dzięki miłości do
Chrystusa i Bożej Matki skutecznie pokonywał dotychczasowe złe
nawyki i brak umiarkowania. Bardzo przeżywał to, że zmarnował 16 lat
życia przez nałóg pijaństwa. Powiedział kiedyś: "w młodości, z
powodu pociągu do alkoholu, niewiele sobie robiłem z religii i to
złamało prawie serce mojej matki". Postanowił, że musi pokutować za
pijaństwo w młodości. Pragnąc jak najbardziej upodobnić się do
Jezusa, rozpoczął surowe życie pokutnika. Ciężko pracował. Jadł i
spał mało. Sypiał na gołych deskach i drewnianej poduszce, tuląc do
serca figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem. Nazywał Ją Królową i
często powtarzał: "Nikt nie wiem, czym ta Królowa jest dla mnie".
Przykrywał się wełnianym kocem, a w czasie wielkiego zimna dodatkowo
kilkoma workami. Pościł często, długo i surowo. Modlił się nocami.
Po nawróceniu pogrążył się w modlitwie jak człowiek, który uciekając
z płonącego lasu skacze do wody. Wstawał przeważnie o godz. 2.00 w
nocy. Codziennie odmawiał różaniec. Podczas modlitwy i czytania
duchownego zawsze klęczał wyprostowany na obnażonych kolanach. Nigdy
podczas modlitwy nie opierał rąk. Przed pracą szedł na godzinę piątą
do kościoła, brał udział we Mszy św. i regularnie przyjmował Komunię
świętą.
Będąc murarzem, musiał codziennie o szóstej rozpoczynać pracę. Kiedy
w 1892 roku Msza św. została przeniesiona z godziny piątej na 6.15 i
nie mógł już brać udziału w nabożeństwie przed rozpoczęciem pracy
zrezygnował z dotychczasowego zawodu i przeniósł się do wielkiej
firmy handlu drzewem T. i C. Martin. Tam rozpoczynał pracę o
godzinie ósmej. Mógł więc dalej uczestniczyć w porannej Mszy św.
Nowej firmie Mateusz Talbot był wierny 33 lata, od 1892
r. aż do śmierci w roku 1925. W tym czasie wykonywał najróżniejsze
zadania. W pierwszych latach przede wszystkim pomagał nad rzeką
Liffey przy rozładowywaniu przybywających zza granicy statków.
Później bywał częściej zatrudniany w tartaku. W ciągu ostatnich
ośmiu lat przed śmiercią pracował na wielkim placu magazynowania
drzewa, nazwanym Castle Forbes. Po kilku latach pracy jako robotnik,
został dozorcą magazynów.
Całe jego życie charakteryzowała prawdziwa miłość
bliźniego. Był prostym i uczciwym człowiekiem. Nienawidził kłamstwa
i wykrętów. Pragnął zawsze wypełniać wolę Boga. Kiedy stał się
dojrzałym mężczyzną, odrzucił propozycję małżeństwa. Pracując przy
budowie domu protestanckiego duchownego, zwrócił na siebie uwagę
zatrudnionej tam kucharki. Była to młoda i pobożna katolicka
dziewczyna. Będąc pod wrażeniem jego dobroci i uczciwości próbowała
nakłonić go do małżeństwa. Mateusz poprosił, aby poczekała na
odpowiedź. Aby postąpić zgodnie z wolą Boga rozpoczął nowennę,
podczas której nabrał przekonania, że powinien samotnie przejść
przez życie. W tym postanowieniu wytrwał do końca. Zrezygnował z
małżeństwa, aby całkowicie ofiarować swoje życie Chrystusowi.
Mateusz Talbot, pozostajac zwykłym, ciężko pracującym
fizycznie robotnikiem, po swoim nawróceniu przeczytał i zgromadził
sporą jak na owe czasy liczbę książek. Czytał Pismo święte, żywoty
świętych i - co zadziwiające przy jego braku wykształcenia - wiele
poważnych dzieł: Wyznania św. Augustyna, pisma św. Franciszka
Salezego, św. Alfonsa Liguori, św. Ludwika de Montfort, św. Teresy z
Avili i kard. Johna Newmana, encykliki papieskie, opracowania z
zakresu historii powszechnej i polityki społecznej. Teksty, które
głęboko trafiały w jego serce przepisywał pracowicie na skrawkach
papieru. To, czego nie mógł zrozumieć, podczas najbliższej spowiedzi
wręczał zaskoczonemu często kapłanowi z prośbą o wyjaśnienie.
Modlitwa, lektura i umartwienia stały się głównym nurtem
życia Mateusza, skrzętnie jednak ukrywanym przed otoczeniem.
Wszystko, co czynił, czynił dla chwały Boga. Z czasem jego bliscy i
znajomi zaczęli zauważać jego pokorę, ofiarność i opanowanie.
Koledzy z pracy widzieli, że nie może znieść przekleństw ani
nieprzyzwoitych żartów i sami ich zaprzestali. Pracodawca domyślał
się, że spora część zarobków Mateusza trafia do potrzebujących. Nikt
jednak nie podejrzewał, z jak wielkim radykalizmem Mateusz podchodzi
do swego nowego życia. Odwiedzał kolejno wszystkie miejsca w jakich
kiedyś bywał i spłacał długi, jakie zaciągnął za czasów pijaństwa.
Przeważnie dowiadywał się, że już skreślono go z listy dłużników.
Mimo to zwracał każdego pensa, o którym pamiętał, a także wszystko,
o czym mu przypomniano. Wchodził, wręczał kopertę z odpowiednią
kwotą i pośpiesznie opuszczał to miejsce. Pieniądze, które mu
zostawały, rozdawał biednym lub wysyłał dla misjonarzy. Próbował
także odszukać niewidomego, któremu kiedyś ukradł skrzypce.
Odwiedził wszystkie domy noclegowe i związki ubogich znajdujące się
w Dublinie. Kiedy był przekonany, że ten już nie żyje, poprosił
księdza o odprawienie kilku Mszy świętych za spokój jego duszy. Był
- jak ujął to jeden z autorów - "pijany jedynie miłosierdziem,
mądrością, mocą i miłością Boga". Kiedyś powiedział swemu
zwierzchnikowi: "Przy całym szacunku dla pana, nigdy nie spotkałem
człowieka, którego bym się lękał". Innym razem nie zgodził się z
poleceniem sprzecznym z jego poglądami, mimo, że groziło to
zwolnieniem z pracy. Powiedział wówczas: "przede wszystkim muszę
wziąć pod uwagę interes duszy".
W 1923 roku Mateusz zaczął mieć poważne problemy ze
zdrowiem. Badania wykazały chorobę serca. Miał świadomość, że musi
być przygotowany na śmierć. Mówił: "Nikt mnie nie zatrzyma, kiedy
Pan mnie wezwie". Wyniszczony surowym postem, krótkim snem i ciężką
fizyczną pracą, 7 czerwca 1925 roku zasłabł w drodze na Mszę świętą.
Blisko kościoła Świętego Zbawiciela upadł na ulicy i zmarł.
Umierającego rozgrzeszył dominikanin z pobliskiej parafii wezwany
przez przypadkowo przechodzącą kobietę. Nikt nie rozpoznał
niepozornego człowieka, leżącego bez życia na bruku uliczki Granby.
Nie miał przy sobie pieniędzy ani dokumentów, a jedynie kilka
skrawków papieru. Do rękawa przypięte miał dwie skrzyżowane,
poczerniałe ze starości szpilki. Jego ciało zidentyfikowano dopiero
po czterech dniach. Po przewiezieniu do kostnicy, gdy ciało
przygotowywano do pogrzebu, odkryto pod ubraniem dwa żelazne
łańcuchy splątane sznurem i owinięte wokół pasa, które wzorem
wielkich grzeszników około 10 lat nosił pod ubraniem. Na lewym
ramieniu nad łokciem miał mały łańcuszek, a na prawym sznur z
węzełkami. Do lewej nogi pod kolanem był przywiązany sznurem
łańcuszek, natomiast do prawej splątany sznur. Na szyi miał
zawieszony wielki różaniec z medalami. Chciano poznać tajemniczą
sytuację zmarłego. Wtedy też w ubogim pokoiku odkryto kolekcję
książek wraz z kartkami, na których robił zapiski. Na jednej z nich
widniały słowa: O, Dziewico, proszę tylko o trzy rzeczy: O
łaskę Boga, o Jego obecność i o Jego błogosławieństwo. Na
innej pisał: "O najsłodszy Jezu, zniszcz we mnie wszystko, co
jest złem, niech to wszystko złe obumrze. Zniszcz we mnie wszystko,
co jest występne i samowolne. Wyniszcz wszystko co Ci się nie podoba
we mnie, usuń wszystko co jest moje własne. Daj mi prawdziwą pokorę,
prawdziwą cierpliwość i prawdziwą miłość. Użycz mi doskonałego
panowania nad moim językiem,". Modlitwa ta, podobnie jak
wiele innych, z pewnością została wysłuchana. Tak zaczęła się jego
droga do wielkości.
Mateusz Talbot nigdy nie wyjechał z Dublina. Mieszkał
razem z rodzicami, a gdy próby wyrwania najbliższych z nałogu
alkoholizmu się nie powiodły, wyprowadził się z domu i wynajął pokój
na ulicy Gloucester, niedaleko mieszkania rodziców. Po pewnym
czasie, gdy bracia opuścili dom, powrócił i zamieszkał razem z
rodzicami. Po śmierci ojca, w 1899 roku, zamieszkał z matką przy
Upper Rutland 18, początkowo na parterze, a potem na drugim piętrze.
Od 1915 roku, po śmierci matki mieszkał sam. Prosty pokój z oknami
na główną ulicę został zachowany do dziś. W 1932 roku mieszkanie
Mateusza Talbota odwiedził arcybiskup Paryża - kard. Verdier, który
przybył do Dublina na 31 Kongres Eucharystyczny. Świadomość, że
znajduje się w miejscu, w którym pokutnik prowadził z Jezusem
intymny dialog przez tyle lat poruszyła kardynała tak bardzo, że
uklęknął i modląc się ucałował podłogę.
W życiu Mateusza Talbota pozornie nie wydarzyło się nic
szczególnego. Był zwyczajnym irlandzkim robotnikiem - bez
wykształcenia i majątku. Nie uczynił nic, co mogłoby przynieść mu
popularność. Zmarł w ubóstwie na jednej z brukowanych uliczek
Dublina. Nie pozostawił po sobie ani rodziny, ani zwolenników, ani
uczonych rozpraw. Umierał samoty, nikomu nieznany. Został pochowany
w skromnym grobie na cmentarzu Glasnevin 11 czerwca 1925 roku. W
jego pogrzebie wzięła udział niewielka grupa przyjaciół, trzyosobowa
delegacja z firmy Martina oraz niektórzy z jego krewnych. A jednak
zaledwie kilka miesięcy po śmierci jego krótka biografia napisana
przez Sir Joseph A. Glynna rozeszła się w stu tysiącach egzemplarzy.
W ciągu roku przetłumaczono ją na dwanaście języków. Wobec
wzrastającej czci zmarłego, pięć lat później, Kościół katolicki
zaczął badać życie Talbota, aby ustalić, czy istnieją podstawy do
wszczęcia procesu beatyfikacyjnego. 29 czerwca 1952 r. ziemskie
szczątki Mateusza Talbota zostały ekshumowane i złożone w specjalnej
trumnie w krypcie w centralnym miejscu cmentarza Glasnevin. W
uroczystości wziął udział Sean T. O'Kelly, prezydent Irlandii, który
w latach 1890-1897 jako ministrant obserwował modlącego się Mateusza
i często z nim rozmawiał. 3 października 1975 roku został ogłoszony
dekret uznający cnoty zmarłego. Otrzymał tytuł Sługi Bożego,
potwierdzający, że jest bohaterem wiary, którego cnoty warte są
naśladowania. Szczątki Talbota zostały przeniesione do kościoła
Matki Boskiej z Lourdes przy Sean McDermott Street w Dublinie.
Parafianie ufundowali mu granitowy grobowiec, w którym za szklaną
szybą znajduje się trumna. Na grobowcu widnieją słowa: SŁUGA BOŻY
MATT TALBOT 1856-1925. Już teraz do jego grobu pielgrzymują tłumy,
nie tylko Irlandczyków.
Jeden z biografów Mateusza Talbota stwierdził: - to on
sam był kimś szczególnym dla otaczających go ludzi, jak światło,
które rozbłyska w ciemnym pokoju. Mateusz zaufał Bogu bez końca.
Oczyścił swoje serce i życie ze wszystkiego, co go zniewalało i
uwierzył, że Bóg wypełni je w obfitości. Wytrwał w trzeźwości przez
czterdzieści jeden lat i w cichy, nie narzucający się sposób wnosił
światło w otaczającą go ciemność. W pamięci przyjaciół pozostał
wesołym kompanem i duszą towarzystwa. Znajomi postrzegali go jako
człowieka niezwykle łagodnego i pogodnego, obdarzonego wyśmienitym
prawdziwie irlandzkim humorem. Zawsze służył radą i modlił się w
intencji tych, którzy o to prosili. Dziś, pokazywany jako przykład
zwycięstwa nad własną słabością, może być wzorem i orędownikiem nie
tylko dla zmagających się z nałogiem, lecz dla wszystkich pragnących
w pełni przeżywać swoje chrześcijaństwo.
Historia Mateusza Talbota to historia człowieka, który
przezwycięża trudności i osiąga zwycięstwo dzięki modlitwie i
pokucie. To świadectwo o uzdrawiającej mocy Sakramentów. To one
dawały Mu siłę i wolę wytrwania. Cnota nadziei, łaska pokory i dar
wytrwałości to skarby, które odnalazł na drodze do nowego życia i
nigdy ich nie utracił. Podkreślając rozwój duchowy Mateusza Talbota
ks. dr Ferdynand Machay w roku 1934 napisał: "Życiorys Mateusza
Talbota jest dosadnym pouczeniem, że poziom życia nadprzyrodzonego
zależny jest w wielkiej mierze i od naszej pracy. Łaska Boża bowiem
bez naszej współpracy z nikogo nie uczyni dobrego chrześcijanina, a
już tym mniej - świętego". Niech te słowa przyświecają wszystkim
pracującym nad zmianą własnego życia i tym, którzy w tym życiu w
jakikolwiek sposób uczestniczą.
Mieszkańcy Dublina uczcili pamięć Mateusza Talbota
obeliskiem przy City Quay i mostem Talbot Memorial przy Custom House.
W 2006 r. w Irlandii ogłoszono go patronem mężczyzn i kobiet
walczących z nałogiem alkoholizmu. Obecnie jest patronem wielu
organizacji charytatywnych, które pomagają osobom uzależnionym od
alkoholu i narkotyków. Jest prekursorem działalności ruchu
Anonimowych Alkoholików.
"Oby świat
dzisiejszy, tak upokarzająco zanurzony w zmysłowości, nauczył się od
Mateusza Talbota, jak należy "gnębić" namiętne ciało, by ono
zamieniło się w "kościół Ducha Świętego"." /Ks. Dr Ferdynand
Machay/